Rozdział VI: Tam, gdzie legendy kłamią (cz. IV)

Skalny dom przejęła błoga cisza. Dwójka młodych mężczyzn pożerała się wzrokiem. Mimo to jeden z nich nie był w stanie wytrzymać bez jakiejkolwiek wymiany zdań. Szatyn zaczynał robić się niespokojny. Trucizna powoli zaczynała odbierać mu świadomość. Za wszelką cenę chciał uniknąć takiego obrotu spraw. Leżał na podłodze opierając nogi o krzesło. Pozycja nakazana przez Kaza miała pomóc w uniknięciu omdlenia. Nie był z tego powodu zadowolony, ale jego obecny stan zmuszał go do posłuszeństwa nieznajomemu.

- Długo mam jeszcze tak leżeć? – zapytał wreszcie czarnowłosego przygotowującego coś przy stole.

- Mógłbyś nie marudzić? – westchnął.

Złotooki speszył się. W jakikolwiek sposób chciał podtrzymać rozmowę, aby nie zasnąć. Powieki nieubłaganie ocierały się o oczy chłopaka wywołując bolesne pieczenie z każdym mrugnięciem.

- Co tak tam skrobiesz? – zapytał ponownie.

- Lekarstwo – odpowiedział krótko wyrażając wyraźną niechęć do konwersacji.

- Ach! Właśnie! – lekko podniósł głos. – O czym mówiła wcześniej Kumiko? O jakiejś zgubie?

Kaz drgnął. Po chwili znów kontynuował przygotowywanie wywaru. Eiichi zauważył to i brnął dalej.

- Halo? – wydłużył słowo w wyjątkowo irytujący sposób.

- To nie twój interes – odparł spokojnie.

- Nie bądź taki chłodny – uśmiechnął się – i tak jest tu zimno.

Odpowiedzią młodego strzelca było mocne uderzenie w moździerz. Zalał wrzątkiem zgniecione w nim zioła i odstawił na bok.

- No nie złość się – nieustępliwie przekomarzał się z niższym od siebie.

- Wybacz, ale nie mam ochoty z tobą rozmawiać.

- Daj spokój. Jeszcze zapomnisz do czego służy język – zaśmiał się.

Wbrew woli jednego z nich znów zapadła cisza. Kaz przystanął. Dokładnie obserwował trzy katany oparte o szafę. Wydawał się odpłynąć myślami gdzieś daleko. W jego oczach było widać tylko skupienie.

- Dychasz tam jeszcze? – zapytał szatyn.

Tymi słowami wyrwał gospodarza z transu.

- Tak – wykrztusił. – Zaraz podam ci wywar. Tylko go nie zwróć.

- Spokojna głowa. Nie takie rzeczy się piło – oparł głowę na dłoniach.

Szarooki dał pacjentowi miseczkę, któremu z trudem udało się przełknąć jej zawartość. Mimo wszystko nie miał wyjścia.

Znów żaden się nie odzywał. Duszący zapach ziół przyprawiał leżącego na podłodze o zawroty głowy. Wykrzywiając twarz obserwował jak właściciel skalnego mieszkania grzebie coś przy szafkach.

- Tak się zastanawiam – zaczął – dlaczego unikasz rozmowy ze mną?

Nie uzyskał odpowiedzi. Westchnął i usiadł na podłodze. Uśmiechnął się przebiegle wlepiając wzrok w chłopaka.

- Może zaczniesz ze mną rozmawiać jak powiem ci, że mogę mieć tę twoją “zgubę”.

Szatyn nie zaobserwował jakiejkolwiek reakcji. Gospodarz spokojnie sprzątał ze stołu naczynia i inne przybory. Nie był do końca pewien, czy szantaż poskutkował, ponieważ nie widział jego twarzy.

- W takim razie udowodnij, że “ją” masz – podjął próbę rozmowy.

Nie puszczając krawędzi stołu odwrócił się i ukrył twarz we włosach.

- W jaki sposób? – przekręcił głowę w jego stronę.

- Możesz “ją” pokazać – zaproponował.

Eiichi bez słowa zagłębił dłoń w kieszeni spodni. Po chwili oczom czarnowłosego ukazał się przepiękny złoty medalik. Był on wykonany na kształt okręgu. Do jego krawędzi przylegało mniejsze koło, którego rzeźbienia przypominały zimowy szron. Stworzona dzięki niemu luka w kształcie półksiężyca była wyłożona delikatną siateczką przypominającą sieci rybackie. Każdy szczegół był idealnie dopracowany. Po drugiej stronie gładka blaszka posiadała wyryte dwie litery “M U”. Chwycił delikatny łańcuszek w dwa palce i wysunął rękę.

- To twoje? – zapytał podstępnie mrużąc oczy.

- Więc – westchnął – co mam zrobić, byś mi go oddał?

- Niewiele. Po prostu odpowiedz mi na kilka pytań.

- Tylko tyle? – zapytał z poważną miną.

Szatyn skinął głową twierdząco.

- Dobrze – podszedł do niego i usiadł na podłodze.

Eiichi zrobił to samo.

- W takim razie zaczynamy przesłuchanie! – oznajmił podekscytowany

 Zacisnął wisiorek w dłoni i pochylił się nad chłopakiem.

- W takim razie pytanie pierwsze – zaczął. – Nazwisko?

- Umeki – odpowiedział szybko.

- Wiek?

- Osiemnaście.

- Miejsce zamieszkania?

- No… Więc… To jest mój dom – zdziwił się pytaniem.

- Nie o to mi chodziło – uniósł brwi. – Miejsce gdzie się wychowałeś.

- Ach… W stolicy.

Wszystkie odpowiedzi padały bardzo szybko. Dziwny uśmiech na twarzy szatyna dekoncentrował chłopaka, a przeprowadzana ankieta wydawała mu się bezpodstawna. Z każdym pytaniem stawał się coraz bardziej nerwowy.

- Masz jakąś rodzinę?

Zawahał się.

- Nie – uciekł wzrokiem.

- W porządku – wyciągnął kciuk. – Pierwsze kłamstwo.

- Słucham?

Siedemnastolatek czuł się coraz bardziej nieswojo. Miał wrażenie, że osoba siedząca przed nią wysysa z niego całą pewność siebie.

- Współpracujesz z Sobowtórami?

- Hej! Słuchasz mnie?! – zdenerwował się.

- Tak czy nie? – pozostał nieugięty mimo reakcji rozmówcy.

- Nie! – krzyknął.

Eiichi zebrał myśli w ułamku sekundy. Na palcach lewej dłoni wyliczył już dwa kłamstwa.

- Pomogłeś w morderstwie ludzi, których pożarły?

- Co to mają być za pytania?! – wrzasnął histerycznie.

- Trzecie – uśmiechnął się.

Kaz wydał z siebie pytający jęk. Spojrzał na dłonie chłopaka i zacisnął zęby.

- Czyli nie masz rodziny, co? – Błyskawicznie zaprzeczył donośnym głosem.

Szatyn zaczął zadawać ostatnie trzy pytania od nowa. Odpowiedzi nie zmieniały się, ale stan szarookiego wskazywał na to, że miał tego serdecznie dość. Po zakończeniu którejś serii nieustająco powtarzających się zagadnień, Kaz złapał ankietera za bladozielony skrawek bluzki.

- Co ci to da?! – wrzasnął ściskając materiał tak mocno, aż knykcie u dłoni stały się białe.

- Obudzisz Kumiko – odparł spokojnie rozkazując czarnowłosemu wzrokiem, aby go puścił.

Kaz aż kipiał ze złości. Ciężki oddech i napięte mięśnie zdradzały jego stan. Jednak jego rozmówca wydawał się usatysfakcjonowany sytuacją. Mierzyli się wzrokiem przez dłuższą chwilę.

- Więc?! – szarpnął Eiichiego.

Szatyn roześmiał się.

- Jak to co mi to da? Zabawę.

Szarooki przekroczył granicę swojej wytrzymałości. Mocno zaciśnięta pięść powędrowała w stronę Eiichiego bez ostrzeżenia. Jedak nim zdążył zauważyć, przed jego została zatrzymana dłonią z medalikiem. Na jego widok chłopak zawahał się.

- Słuchaj. Nie wiem dlaczego tak cię denerwuje moja osoba. Nie będę tępił tego jak żyjesz. To nie moje zadanie.

Pięść atakującego zaczęła się luzować.

- Jednak jedna rzecz mnie wkurzyła – kontynuował ostrzejszym tonem. – Pamiętaj na przyszłość. Nie oceniaj innych, zanim nie ocenisz siebie!

Odepchnął czarnowłosego tak mocno, aż ten uderzył  w stół. Osunął się na podłogę i spuścił głowę. Nie pokazał swojej twarzy. Targały nim zbyt silne emocje, aby był w stanie cokolwiek powiedzieć. Właściciel czerwonego szala wstał i poprawił potargane ubrania.

- Zrobimy tak – wskazał palcem w stronę niższego – oddam ci ten wisiorek, ale dopiero wtedy, gdy wyprowadzisz nas z lasu.

Kaz oparł dłonie na drewnianych deskach.

- Dobrze – odpowiedział drżącym głosem.

Widok przypartego do muru chłopaka był dla Eiichiego czymś wspaniałym, ale gdzieś w głębi odczuwał współczucie. Po chwili spoczął obok niego i splótł ręce na piersi. Czuł, że robi to wbrew sobie, mimo to w obecnej chwili nie chciał się wycofać.

- Dlaczego wybrałeś to miejsce? – zapytał z troską.

Młodszy od szatyna chłopak podkurczył nogi i objął je rękoma.

- Poczekamy, aż twoja przyjaciółka wstanie wtedy wyruszymy. Nie musisz się zmuszać.

- Nie zmuszam się – spojrzał na jedną ze świec. – Nie wiem dlaczego, ale strasznie przypominasz mi mnie.

Zaśmiał się.

- No i pięknie! Mówię teraz jak jakiś dziadek – uśmiechnął się wstydliwie.

Strzelec odwzajemnił jego reakcję unosząc kąciki ust. Napięcie sprzed chwili zniknęło w oka mgnieniu.

- Eiichi? Mogę tak do ciebie mówić? – zapytał nieśmiało.

Rozmówca kiwnął głową. Kaz skurczył się jeszcze bardziej szurając podeszwami butów po deskach. Rozluźnił jedynie ramiona, aby szczelniej objąć kolana. Jego twarz znów przybrała ponury wyraz. Westchnął jakby przygotowywał się do krępującego wyznania.

- Eiichi – zaczął. – Ja zabiłem człowieka.

Złotooki nie spojrzał na niego. Dobrze znał to uczucie. Teraz jeszcze bardziej szkoda mu było nowo poznanego chłopaka. Czuł jak napięcie wzrasta z miejsca obok. Drobna osóbka oczekiwała słów pogardy i potępienia.

- Rozumiem – starał się ukryć zaskoczenie. – Nie masz czym się zadręczać. Nie zrobiłeś tego świadomie.

- Skąd możesz to widzieć? – zapytał cicho.

- Po twoim zachowaniu. Ot co – spojrzał na niego ukradkiem potwierdzając rezultaty swoich słów. – To chyba oczywiste, że zabójstwo z zemsty, albo na zlecenie nie będzie tak ciążyło na sumieniu jak te, które popełniono przez przypadek.

Nastolatek położył dłonie na kolanach. Eiichi był pewien, że pocieszył go na tyle, aby móc z nim normalnie porozmawiać.

- A ty czułeś kiedyś, że robisz źle? – zwrócił się do zabójcy.

- Tak. Wiele razy – uśmiechnął się – ale zawsze dobre intencje usprawiedliwiają złe czyny, a nasze błędy uczą nas jak postępować w przyszłości.

Kazowi wydawało się przez chwilę jakby emanował od niego smutek. Mimo to uspokoił się. Twarz złagodniała, a stres przeobraził się w pewność siebie. Ciche syczenie topiącego się wosku wypełniło uszy młodych ludzi. Relacja wydająca się niemożliwa do stworzenia stawała się coraz bardziej wyraźna i rzeczywista. Kaz uśmiechnął się do siebie.

- Nie taki diabeł straszny, jak go malują – powiedział i okrył Eiichiego dziękczynnym spojrzeniem.

Szatyn szturchnął gospodarza lekko oburzony, lecz po chwili oboje zaśmiali się zapominając o wcześniejszych wydarzeniach. Nie wiedzieli, że Kumiko nie spała. Tylko fragment rozmowy umknął jej uwadze. Uszczęśliwiło ją to, że chłopcy odnaleźli wspólny język. Teraz mogła spokojnie zasnąć.

Rozdział VI: Tam, gdzie legendy kłamią (cz. III)

Witam! Kolejna część została dodana z „kolosalnym opóźnieniem” – jak powiedziała to Niru. Otóż obecny stan mojego domu nie sprzyja pracy – remont, więc proszę i dziękuję za wyrozumiałość! ;)

 

Przeszywające stukanie metalowych części obudziło białowłosą. Oszołomiona ostatnimi wydarzeniami dziewczyna otworzyła powoli oczy do których od razu uderzyło blade światło świec. Otępiałe zmysły stopniowo zaczynały normalnie funkcjonować, jednak jej umysł nadal pogrążony był w półśnie. Mimo wszystko zaczęła badać wzrokiem otoczenie.

Pomieszczenie oświetlało kilka niedużych świec porozstawianych na starych meblach. Niektóre z tych drewnianych okazów miały za sobą nawet kilkadziesiąt lat. Szafki i barki stały na podchodzących wilgocią tuzinach desek, starannie ułożonych i pozbijanych ze sobą. Uwagę dziewczyny przykuł wielki biały kredens z całym mnóstwem szkieł laboratoryjnych. Kolorowe substancje mieniły się w pulsującym świetle woskowych kolumienek. Dwie ściany pomieszczenia były kamienne, przypominające powierzchnię jaskini, natomiast para pozostałych wykonana była z drewnianych belek. W powietrzu unosiła się woń wilgoci i prochu.

Przy stole pośrodku pomieszczenia siedziała jakaś osoba. Co i raz słychać było ciche i głośniejsze postukiwania. Był to młody mężczyzna. Głowa o lekko falowanych, czarnych włosach wystawała znad oparcia krzesła. Tego samego, lecz mniej żywego koloru materiał pływał z ramion tajemniczej osoby na zakurzoną podłogę. Przez dłuższą chwilę Kumiko obserwowała poczynania swojego wybawiciela.

- Już wstałaś? – odwrócił się pokazując przyjazny wyraz twarzy.

Wstał z krzesła i podszedł z nim do łóżka.

- Jak się czujesz?

- W porządku.

Jasna twarz chłopaka była widoczna nawet w półmroku. Przyjazne szare oczy uśmiechały się do Kumiko delikatnie zmrużone. Niskie czoło chowało się za kosmykami włosów, niewinnie pofalowanych jak u dziecka. Policzki przyozdobione w kilka pojedynczych pieg, kończyły się na małych, zgrabnych uszach. Można było stwierdzić, że był dość tajemniczą osobą.

- Będę z tobą szczery – patrzył na pacjentkę. – Opatrzyłem cię dokładnie i muszę powiedzieć, że wygląda to nieciekawie.

Mruknęła porozumiewawczo.

- Ten skurczybyk wiedział jak polować…

- Czy to był Sobowtór?

Oparł się o krzesło prostując plecy.

- Tak. Niewielu ludzi wierzy nawet po ich zobaczeniu – lekko się uśmiechnął, ale od razu spoważniał. – Ciesz się, że nie widziałaś ich naturalnej formy.

- Dlaczego? – zapytała już nieco rozbudzona. – Jest aż tak źle?

- Potwornie! Wyglądają jak jakieś poczwary z piekła. Ohyda!

Kumiko przeszły dreszcze. To znaczyło, że wszystko co powiedział Eiichi było prawdą.

- Właśnie! Co z Eiichim?! – podniosła głos od razu poczuwszy ból.

- Spokojnie – zaniepokoił się, a jego ręce od razu zaoferowały pomoc. – Był z tobą ktoś jeszcze?

- Tak – odparła zniecierpliwiona. – Nie widziałeś go?!

- Nie – zdziwił się.

- Muszę go znaleźć! – oznajmiła i błyskawicznie zerwała się z łóżka.

- Stój! Nie możesz nigdzie iść! – zaczął zatrzymywać ranną.

Mimo rozkazów nieznajomego wstała i powoli podeszła do stołu. Chłopak asekurował ją, aby nie upadła.

- Twoje rany są niebezpieczne! Rozum ci odjęło?! – krzyknął czarnowłosy, ale od razu zauważył, że było to nietaktowne.

- A co jeśli tak?! – odpowiedziała równie głośno.

Nogi Kumiko zaczęły drżeć, jakby nie miały siły dłużej utrzymywać jej ciała. Na czole pojawiły się krople potu. Kurczowo trzymała się stołu, aby nie upaść.

- Nie wygłupiaj się, proszę – dodał spokojnym, troskliwym głosem. –  Możliwe, że znajdzie to miejsce, bo jest dość widoczne.

Chłopak złapał ją za ramiona i pomógł dojść do łóżka.

- Nie przedstawiłem się tak w ogóle – zaczął. – Nazywam się Kaz Umeki. A ty?

- Kumiko Naito – odpowiedziała cicho.

- Miło mi cię poznać, Kumiko – uśmiechnął się.

Czarnowłosy wybawiciel podszedł do białego kredensu i zaczął czegoś szukać. Był drobny. Delikatne ciałko o młodzieńczej posturze krzątało się wykonując energiczne ruchy i gesty. Wydawało się, że chłopak był nawet niższy od podróżniczki o centymetr lub dwa. Płaszcz który miał na sobie bardzo przypominał jej nowo poznanego złotookiego towarzysza.

- Dam ci teraz lekarstwo – odwrócił się z glinianą miseczką w ręku. – Gorzkie, ale poczujesz się lepiej.

Chude i czerwone dłonie chłopaka podały jej lekarstwo.

- Proszę. Wypij wszystko – polecił Kumiko.

- Co to za miejsce? – zapytała.

- Moje skromne mieszkanie – odparł żartobliwie.

Znów wrócił do białego mebla.

- Troszkę tu ponuro.

- Ech, no cóż – westchnął. – Ważne, że mam gdzie wrócić.

Mruknęła cicho. Wiedziała o co chodzi chłopakowi.

- Pij, bo jak zemdlejesz to będzie problem.

- Dobrze – podskoczyła, jakby zapomniała o malutkiej miseczce w swoich dłoniach.

- Możesz poczuć się znużona po tym lekarstwie. Nie przejmuj się, po prostu zaśnij.

Chłopak zaczął przeglądać wszystkie szafki i szuflady kredensu. Pomrukując ze zdziwienia przeszukiwał każdy zakątek. Zaczął dokładnie rozglądać się po pomieszczeniu uporczywie poszukując czegoś wzrokiem. Sprawdził nawet podłogę.

- Co się stało? – zapytała lekko nieprzytomnym głosem.

Czarnowłosy ustał  na środku i splótł ręce na piersi.

- Zgubiłem coś – odpowiedział zamyślonym głosem.

- Co? Może pomogę? – zaproponowała.

- Nie! Nie. Jesteś ranna Kumiko – spanikował. – Dam sobie radę.

Wrócił do poszukiwań. Jeszcze raz dokładnie sprawdził pomieszczenie. Jego mina nie zmieniła wyrazu. Panika zmieszana ze stresem aż wylewała się z chłopaka.

- Będę musiał na chwilę wyjść – oznajmił.

Dziewczyna mruknęła, nie chcąc przekomarzać się z nowo poznanym człowiekiem. Zabrał ze sobą wyczyszczone już bronie i wsunął do kabur.

Niespodziewanie usłyszeli pukanie. Dochodziło ono z jednej ze ścian. Po chwili przerodziło się w silne walenie. Kaz od razu zareagował. Cofnął się w stronę rannej, chcąc ochronić ją przed niespodziewanym atakiem.

Przytłumione nawoływania zza ściany pokrywały się z hukiem. Odgłos łamanego drewna przyprawiał chłopaka o dreszcze. Nie wiedział co może jeszcze zrobić poza czekaniem.

Nagły łozgot stali zląkł obydwoje. Jedna belka gruchnęła na ziemię zaraz po niej kolejna i następna.

- Ach! Widzę światło! – krzyknął znajomy głos.

Kumiko od razu go rozpoznała.

- Eiichi? – zapytała niepewnie.

Po chwili zza ściany wyłoniła się ręka, a potem cały tółów młodego zabójcy. Uradowana dziewczyna już chciała wstać i podejść do towarzysza, lecz drogę zastawił jej czernowłosy wybawiciel.

- Nie ruszaj się – powiedział stanowczo do przybyłego gościa.

- O! Witam – uśmiechnął się szatyn. – To… była ściana?

Złapał się za głowę i obejrzał za siebie.

- Przepraszam, ale było tak ciemno, że nie wiedziałem co robię.

Kaz wyjął rewolwer i wycelował w przybysza.

- Kaz, czekaj! To jest Eiichi! – spanikowała na widok broni.

- Właśnie widzę – nie spuszczał wzroku z chłopaka. – Eiichi Hirokane jak mniemam?

Nastała cisza. Dotychczas przyjazny wyraz twarzy szatyna przemienił się w poważny zwiastun złości.

- Dlaczego tak uważasz? – pozostał nieugięty.

- To imię i złote oczy. Tylko głupi by się nie domyślił.

- Oczy? – zdziwił się.

- Nie wiesz jakiego koloru masz oczy? – parsknął czarnowłosy.

Kumiko nie mogła dłużej znieść rozmowy dwóch mężczyzn. Mimo wszystko nie odezwała się słowem. Dokładnie słuchała, lecz gdy zwrócili uwagę na oczy zabójcy, już wiedziała co mogło się stać.

- Eiichi – przerwała im spoglądając na zabandarzowaną dłoń towarzysza. – Co ci się stało w rękę?

- To nic wielkiego – odpowiedział.

- Sobowtór? – zapytała zaniepokojona.

- Tak – zawahał się.

- One potrafią zatruwać! – krzyknęła i od razu wstała.

- Kumiko nie podchodź do niego! – zwrócił jej uwagę Kaz.

- Jest dobrze. Wiem kim jest.

Czarnowłosy odwrócił wzrok od zabójcy i spojrzał na dziewczynę ze zdumieniem.

- Ale to jest przecież zabójca! – próbował ją przekonać. – Wiesz ilu on zabił ludzi?!

- To nie ma znaczenia! – krzyknęła.

Chłopak spłoszył się. Nie chciał kłocić się z ranną, która ledwo mogła nabrać powietrze w płuca.

- Twoje oczy zmieniły kolor – powiedziała do szatyna. – Dobrze się czujesz?

- Tak. Wszystko w porządku.

- Szczerze – nalegała.

- Przecież mówię…

Zmuszając się do wysiłku podeszła do chłopaka i dotknęła jego czoła.

- Masz gorączkę, głupku!

- Nie nazywaj mnie tak! – oburzył się.

- Kaz – zignorowała protesty szatyna.

- Słucham? – włożył broń do kabury ukazując pobłażliwy wyraz twarzy.

- Dałbyś mu odtrutkę? – zapytała nieśmiało.

Chłopak mruknął niezadawalająco odwracając wzrok.

- W zamian odnajdę twoją zgubę. Dobrze?

Czarnowłosy zacisnął usta i od razu odmówił. Eiichi przyglądał się dwójce ludzi nieustępliwie przekomarzających się. Wcześniej słabe objawy zatrucia stawały się coraz mocniejsze. Drgnął z zimna. Temperatura jego ciała wzrosła w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut. Głowa chłopaka stawała się coraz cięższa a mięśnie słabsze i bardziej wiotkie. Nie mogąc dłużej wytrzymać usiadł na podłodze głęboko oddychając. Jedyną dobrą rzeczą było ustąpienie bólu dłoni.

- Ach! Wszystko w porządku? – zaniepokoiła się dziewczyna.

- Tak. Po prostu trochę mi się zakręciło…

Białowłosa uklękła przy nim chcąc jakoś pomóc.

- Kumiko wróć proszę do łóżka – podszedł do nich strzelec. – Zajmę się nim, więc nie musisz się niczym martwić.

Przepełniło ją szczęście. Troska o życie szatyna zmniejszyła swój udział w myślach dziewczyny. Zmęczona dotychczasowymi wydarzeniami zasnęła nie wiedząc nawet co działo się gdy już Kaz zajął się jej rannym kolegą.

Rozdział VI: Tam, gdzie legendy kłamią (cz. II)

Szare, deszczowe chmury nadal wisiały nad dwójką podróżników, a rześkie powietrze sprzyjało wędrówce. Już niewielki kawałek drogi dzielił ich od ciemnego lasu.

Nazwano go Trefnymi Bagnami, mimo że znajduje się tam niewiele wilgotnych gruntów. Ludność okolicznych wiosek i miasteczek uważa, że żyją tam stworzenia z legend, a mianowicie Sobowtóry.

Zadaniem tych bestii miało być omamianie człowieka za pomocą zmiennokształtności. Nigdy nikt ich nie widział, więc istnienie i wygląd tych bestii pozostawia wiele do życzenia. Mówi się, że są podobne do ludzi obdartych ze skóry, inni twierdzą, że mają ciała gadów lub mitycznych stworzeń. Twierdzeń jest wiele, ale żadne z nich nie jest potwierdzone. Jedyną wiadomą informacją jest to, że żywią się ludzkim mięsem.

Podróżnicy weszli do lasu. Obszerne korony drzew wykradały ostatnie promienie światła z otoczenia. Wydawało się, jakby od dawna panowała już noc.

- Ale tu ponuro – skomentowała białowłosa.

- Ta? – zapytał sarkastycznie.

Mruknęła.

Chłopak obserwował przez dłuższy czas jak towarzyszka kuleje. Nie odzywał się na ten temat. Nie chciał proponować pomocy, bo według niego skończyłoby się na tym, że wskoczyłaby mu na barana. Uwielbiał za to ją denerwować.

- Pamiętasz jak mówiłem ci o Sobowtórach?

- Tak i co? – odpowiedziała z niechęcią.

- Wierzysz w to, że jak zobaczysz taki egzemplarz z twoją podobizną to będzie twój rychły koniec?

- O czym ty gadasz? – zirytowała się.

- No odpowiedz – podpuszczał dziewczynę.

- Nie wierzę w takie bzdety!

- Naprawdę?

- Tak – odpowiedziała stanowczo i spojrzała w drugą stronę.

Wejście do lasu już dawno zniknęło im z oczu. Wilgotna ziemia porośnięta mchem sprawiała wrażenie jednej, wielkiej gąbki. Chodzenie po takim podłożu było bardzo męczące.

- Jak tam nóżka? – znów zaczepił dziewczynę.

- Odpadła – warknęła.

Zaśmiał się.

- To mi się podoba! Wreszcie zaczęłaś mówić jak człowiek – uśmiechnął się do towarzyszki.

Odwzajemniła uśmiech mimo woli i spojrzała na jego twarz.

- Czemu znów masz brązowe oczy?

- A nie mogę?

- Cóż… Możesz – zająknęła się.

- Więc w czym problem? – spytał.

- W sumie w niczym, ale mówiłam ci, że ładniej wyglądasz w naturalnym kolorze.

- Dzięki – zaciął się. – Po prostu jestem przyzwyczajony do ukrywania się.

Nie odezwała się. Nie chciała drążyć tematu przez ostatnią sytuację. Mimo wszystko zdziwiło ją to, że rozmawia z Eiichim jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło.

Wśród dwójki młodych podróżników nastała cisza. Między pniami drzew rozchodził się tylko dźwięk ich kroków, który z każdą minutą wydawał się coraz cichszy, aż wreszcie umilkł. Cały czas szli. Kroki były niesłyszalne, nawet przez ich samych. Nic już nie słyszeli.

Kumiko czuła się jak w śnie. Wszystko co przed chwilą widziała znikało z jej pamięci jak błysk pioruna. Ból nogi pozbawiał ją siły i możliwości poruszania się dalej. Krzyknęła jeden raz, drugi i trzeci w stronę towarzysza, lecz ten nie usłyszał. Ona również nie słyszała swoich słów. Przystała oparłszy się o pień.

Ruszyła, lecz zbyt szybka reakcja nie pozwoliła rannej nodze poprawnie stąpnąć. Upadła. Kichnęła tak mocno, aż zabolały ją zatoki. Słuch powrócił i zdołała wyrwać się z transu. Wzrokiem poszukiwała swojego strażnika.

Zniknął.

Nawoływała i dalej błądziła wzrokiem wśród drzew. Przez myśl przepływały jej historie o Sobowtórach, których naopowiadał jej chłopak. Serce zaczęło bić jak oszalałe z przerażenia, a oddech stawał się coraz głębszy.

Ubłagany przez Kumiko los postanowił zwrócić jej pewność siebie. Zza drzewa wyłonił się szatyn.

- Jak tam nóżka? – zapytał.

Ucieszyła się na widok towarzysza.

- Nudzi ci się? – oparła się o drzewo cały czas czując niepokój. – Nie pędź tak! Pewnie nawet nie zauważyłeś, że mnie nie ma.

Ustał w bezpiecznej odległości od dziewczyny. Nie odpowiedział.

- Tak w ogóle, to też nic nie słyszałeś? To było dziwne…

- Więc w czym problem? – znów zapytał.

Zmierzyła go wzrokiem. Czuła lekkie deja vu. Podszedł do niej bliżej. Teraz mogła zbadać jego twarz. Coś było nie tak.

- No w tym, że nie słyszałam nawet swoich kroków – odpowiedziała chcąc zignorować swój niepokój.

Jego oczy nie były takie same, a głos miał nieco inną barwę i był lekko ochrypły. Jego wzrok bezkarnie obejmował całe jej ciało wpatrując się w miejsca, które każdy dorosły mężczyzna chciałby zbadać. To nie było normalne.

Milczała. Teraz była pewna, że to nie Eiichi, ale ktoś lub coś innego. Znów poczuła jak strach blokuje jej przełyk. Przyjrzała się oczom chłopaka. Posiadały źrenice w kształcie pasków jak u kota.

- Kim jesteś?! – podniosła głos wspinając się po pniu i stając na proste nogi.

Nie uzyskała odpowiedzi.

- No mów! – krzyknęła, a jej głos zaczął drżeć z przerażenia.

Jej nerwy i krzyki nic nie dały. Stworzenie ubrane w ciało jej towarzysza stało niewzruszone wbijając w nią wzrok.

Dłoń Kumiko powoli zbliżała się do rękojeści Błękitnej Iskry. Nie zdążyła. Bestia roztwierając paszczę rzuciła się w jej kierunku.

- Puszczaj! – rzucała się kopiąc i tłukąc stworzenie.

Jego dłonie były obklejone jakąś substancją. Beztrosko błądziły po jej ciele. Ścisk był tak mocny, że brakowało jej powietrza. Niezwykła siła przygniatała ją paraliżując zmysły. Pazury rozcięły skórę Kumiko na brzuchu jakby była z papieru, a ciecz z łap bestii niczym kwas, wżerała się w rany na ciele dziewczyny. Znów zaczęła odpływać.

- Nie! Eii… – urawała z braku powietrza.

Wszystko ją bolało. Każda komórka ciała. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa, a obraz zaczął się mglić. Prąd bólu i cierpienia porywał dziewczynę daleko w ciemność.

Strzał.

Uderzenie.

Kolejny strzał.

Słyszała tylko urywki czyjegoś głosu wołającego do niej.

Eiichi? – pomyślała.

Jej świadomość uciekała daleko w czarną otchłań. Nie miała siły nawet myśleć co się stało i kim była osoba, która do niej mówiła.

***

- Co to ma być do diaska?! – powiedział do siebie szatyn.

Nie słyszał nawet swoich słów. Zdążył zauważyć, że jego towarzyszka zniknęła. Uporczywie przeszukiwał wzrokiem okolicę. Również czuł się jak w transie. Całkowicie stracił orientację w terenie. Nie wiedział, gdzie ma zacząć szukać dziewczyny.

- Cholera!

Przedzierał się przez krzaki wychylając głowę. Nawet nie mógł sobie przypomnieć jaką drogą szedł przed chwilą.

Gdy chciał się odchylić, aby rozejrzeć się dokładniej mocno uderzył głową o gałąź młodego drzewa.

Kichnął.

Zakręciło mu się w głowie.

- Co do… – złapał się za głowę zdezorientowany. – Ach! Słyszę!

Głośny strzał rozległ się w oddali.

- Co? – zdziwił się. – Kumiko nie ma broni palnej… Ktoś jeszcze tu jest?!

Kolejny strzał.

Nie był w stanie stwierdzić skąd dokładnie dobiegł huk. Mimo to pędem ruszył przed siebie.

Niespodziewanie coś go dotknęło.

- Głupku! – krzyknął piskliwy głos.

Chłopak przystanął. To był znajomy głos. Przeszyło go uczucie strachu. Obrócił się momentalnie.

- Nie przeprosisz? – zapytała mała dziewczynka w czarnych długich włosach.

Nie potrafił odpowiedzieć, jego ciało również. Ręce mimo wolnie zaczęły drżeć wraz ze szczęką chłopaka. Niespodziewanie dziewczynka zaczęła się głośno śmiać, aż Eiichiego przeszły dreszcze.

- Nienawidzę rodziców, a ty? – uporczywie próbowała zmusić chłopaka do mówienia.

- Nie! – krzyknął. – Nie jesteś prawdziwa!

Kocie oczy śledziły każdą jego reakcję.

- Jesteśmy przyjaciółmi? – znów zapytała.

Nie odpowiedział. Chciał czym prędzej uciec od fałszywej przeszłości. Już przebiegł kilka metrów, gdy zatrzymało go silne uderzenie w kark.

- Uciekaj Eiichi! – krzyknął męski głos zza jego pleców.

Ojciec? – zacisnął zęby z bólu.

Na widok przerażonej twarzy chłopaka stworzenie ułożyło usta w nienaturalnym uśmiechu.

Rozdział VI: Tam, gdzie legendy kłamią (cz. I)

Pogoda nie zmieniła się nawet odrobinę. Przed nimi rozpościerały się pola i łąki. Widok był przepiękny. Uwagę dziewczyny przykuł ciemny pas, który rozciągał się na horyzoncie.

- Co to za pas? – zapytała wreszcie towarzysza.

- Pas?

Wskazała palcem horyzont powtórzywszy pytanie. Eiichi przystanął.

- Więc? – zdziwiła się.

- Poszliśmy złą drogą.

- Co? – znów spojrzała na odległy zakątek.

- Nie mamy wyjścia – poprawił plecak. – Prowiantu nie starczy na drogę okrężną.

- Ale co to za miejsce? – dalej wypytywała coraz bardziej zniecierpliwiona.

- Las – odpowiedział krótko.

- Las? Taki ciemny?

- Tak – zmarszczył brwi.

Szli dalej. Niebo zrobiło się ciemne, a wiatr ustał. Zbierało się na deszcz.

- Dlaczego jest taki ciemny? – zapytała.

- Mówią, że jest nawiedzony – odparł próbując powstrzymać uśmiech.

- Nie kłam! – oburzyła się. – Widzę ten uśmieszek!

Chłopak roześmiał się.

- Gdybyś widziała swoją minę – odsunął dłoń od swojej twarzy, która przed chwilą zasłaniała śmiejące się usta.

- Szkoda, że nie widziałam – lekko zacisnęła wargi. – A tak serio?

- Jest bardzo gęsty. Podobno jest tam kilka niewielkich bagienek.

- Podobno? Byłeś tam?

- Nie. Ludzie unikają tego miejsca. Dlatego tak mało o nim wiadomo – zaczął badać wzrokiem odległe miejsca.

Kumiko mruknęła porozumiewawczo.

- Słyszałem, że żyją tam Sobowtóry.

- Daj już spokój z tymi żartami – westchnęła. – To tylko legendy.

- Może i tak, ale chciałbym żebyś trzymała się blisko mnie – spojrzał na towarzyszkę. – Dobrze?

Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie i od razu przypomniała sobie poranną sytuację.

- Ok… – mruknęła i spuściła głowę, aby ukryć zakłopotanie.

- Coś cię boli? – zapytał zaniepokojony.

Nie odgadł przyczyny jej zachowania.

- Noga trochę – wykorzystała bolącą ranę, aby zwieść chłopaka. – Zwolnimy?

- Dobrze – uśmiechnął się i spojrzał w niebo. – Zaraz będzie padać.

- Rzeczywiście.

Nie spodziewała się, że to co stało się jakiś czas temu będzie dla niej tak pamiętliwe. Bardziej zaskoczyło ją to, że Eiichi nie zaprząta sobie głowy takimi błahostkami.

- Jednak nie zwolnimy – przerwał jej przemyślenia – bo w przeciwnym razie trochę nas zmoczy.

- Nie ma sprawy – uspokoiła się.

Przeszli znaczną odległość szybkim marszem. W pewnym momencie ciszę wśród pól zagłuszyły krople deszczu. Przestraszeni schowali się pod samotnym drzewem. Nie miało ono zbyt rozległej korony, ale w miarę możliwości chroniło przed opadami. Momentalnie zrobiło się zimno. Do lasu pozostał jeszcze spory kawałek drogi.

- Szlag! Gdybyśmy zdążyli to może wędrówka przez las byłaby możliwa – skrzyżował ręce opierając się o pień.

Białowłosa usiadła pod drzewem. Spokojnym ruchem przykurczyła nogi chowając podbródek w kolanach.

- Nie boli cię jak tak siedzisz? – zdziwił się.

- Nie. Tak mi wygodnie.

Szum deszczu był coraz głośniejszy. Nie było wiatru, więc nieduże drzewo skutecznie chroniło przed zmoknięciem dwójkę młodych ludzi. Na horyzoncie ciemny pas lasu zniknął za szarą ścianą wody.

Po chwili chłopak usiadł obok Kumiko na ziemi.

- Zmęczona? – uśmiechnął się z satysfakcją.

- Nic nie mów.

- Nie ma sprawy – odwrócił wzrok. – Już się zamykam.

- Nie o to chodzi. Możesz mówić, ale… – urwała.

- Ale?

- Ciszej – odparła tak cicho, że jej głos pokrył się z szumem deszczu.

Chłopak przekręcił głowę w stronę towarzyszki. Złote oczy obięły ją pełnym zdziwienia spojrzeniem.

- Dobrze się czujesz? Boli cię głowa? – zapytał przystosowując się do prośby dziewczyny.

Mruknęła twierdząco.

Serce białowłosej zaczęło bić szybciej. Nie z powodu obecności Eiichiego, ale szkarłatu jaki nosił na szyi. Spojrzała na szal.

- Od zawsze mnie to zastanawiało – zaczęła prawie szeptem. – Ten szal jest czymś niezwykłym?

- Nie rozumiem.

Sięgnęła dłonią i delikatnie chwyciła szkarłatny szal oplatający jego szyję. Chłopaka zdziwiło zachowanie Kumiko.

- Kiedy go dotykam czuję za każdym razem co innego – wyznała.

Subtelnie mieliła palcami materiał.

- Dlaczego tak się dzieje?

Eiichi zaniemówił. Miał pustkę w głowie. Szal zwykle nie przykuwał uwagi innych, natomiast białowłosą dziewczynę z amnezją zainteresował od razu.

- To jest zwykły szal – odparł ze spokojem.

- Na pewno nie – mówiła już nieco głośniej.

Nie oderwał wzroku od jej twarzy nawet na chwilę.

- Co mam ci powiedzieć, abyś mi uwierzyła?

- Tylko prawdę.

Szum deszczu znikał stopniowo ukazując odległe zakątki.

- Daj spokój to zwykły szal – wstał wyślizgując się z ręki dziewczyny.

Nie odezwała się. Wiedziała, że to kolejna tajemnica. Uznała, że skoro nie chce o tym mówić, to nie będzie nalegała.

- Zaraz będziemy się zbierać – oznajmił.

Niespodziewanie doznała olśnienia. Przypomniała sobie o swoich skrzydłach. Po chwili delikatne światełko otoczyło jej kostki, a oczom chłopaka ukazały się wcześniej widziane przez niego rzeźbione kryształy.

- Nie wiem czy je widziałeś, ale są moją tajemnicą – powiedziała skuliwszy się jeszcze bardziej.

Więc to nie był sen? – zdziwił się.

- Powiedz mi – nalegała. – Wiem, że znamy się bardzo krótko, ale chcę cię poznać i chcę, abyś i ty poznał mnie.

Odpięła skrzydełka z jednej nogi i złapała w dwa palce. Uniosła je na wysokości swoich kolan i otworzyła delikatnie ściśniętą pięść, pokazując jej zawartość.

- Skrzydła z butów Hermesa – oznajmiła. – Starożytny artefakt, który dostałam od brata Ukya.

Szatyn patrzył na nią jak na obcą osobę. Zszokowała go wypowiedź towarzyszki.

- Twoja kolej – dodała.

- Nie chcę abyś mnie poznała.

Opuściła dłoń.

- Jesteśmy tylko towarzyszami podróży. Nie potrzebuję twojego zlitowania!

- O czym ty… – wstała.

Deszcz ustawał.

- Nie mam ochoty tłumaczyć się z życia osobie, którą dopiero co poznałem! – zaczął krzyczeć.

- Ale! Ja wcale…

- Daj sobie spokój – odwrócił wzrok.

Stanął poza objęciami samotnego drzewa. W deszczu. Rzadka mżawka zrosiła włosy chłopaka dzieląc je na wilgotne kosmyki.

- Wyb…

- Nie! – uniósł się i od razu westchnął. – To ja przepraszam. Za moją wyniosłość.

Kumiko kiwnęła głową na znak zgody.

- Podejdź, bo będziesz cały mokry – nie spojrzała na niego.

Chłopak mruknął coś pod nosem i przemknął obok białowłosej bez słowa.

Nagle jakaś siła nakazała jej dotknąć szala. Zrobiła to. Dłonią, w której trzymała skrzydła lekko puknęła chłopaka w plecy, po których spadał koniec szkarłatu. Światło oślepiająco jasne rozświetliło najbliższą okolicę, parząc dłoń dziewczyny.

Upadła.

Krzyk. Jęk. Syczenie. Szept.

Wreszcie usłyszała coś innego. Cichutkie kroki. Dźwięk stąpania nagich stóp po mchu. Szum lasu.

Dom? Czy to… Sougen? – powiedziała do siebie w myślach.

Dopiero teraz zauważyła, że nie może mówić ani się ruszyć.

Znów te dźwięki. Tym razem śpiew. Słodkie głosy młodych kobiet rozchodzące się echem między drzewami gaju. Nie widziała zbyt wyraźnie, ale mogła policzyć. Dziewięć tańczących kobiet i jeden mężczyzna. Zieleń skrzyżowana z jesiennymi barwami. Wszystko to widziała i słyszała.

Zaraz jednak sen przerwał jej spanikowany krzyk.

- Kumiko! Ocknij się! – wołał przeraźliwie szatyn z krwistym szalem na szyi.

Już rozumiem… – uśmiechnęła się w duszy.

Zaczęła odzyskiwać władanie w ciele. Chłód kwietniowego powietrza otoczył jej ciało natychmiastowo. Świadomość przywróciło jej energiczne potrząsanie ramionami. Szatyn mocno zaciśniętymi rękoma próbował ją obudzić.

- Kumiko! Mówię do ciebie! – krzyczał. – No co jest?!

Deszcz ustał.

- Głupku… – mruknęła – to boli.

Półprzytomne, zielone oczy spojrzały na chłopaka prosząc o zaprzestanie udanej próby wybudzania.

- Dzięki bogu… – westchnął.

Uderzył pośladkami o ziemię wzdychając jeszcze głośniej dając ujście emocjom. Wbił wzrok w mokre liście drzewa, z których zaczęła skapywać zimna woda.

- Nie strasz mnie tak! – Usiadła. – Już myślałem, że kopnęłaś w kalendarz.

Nie odpowiedziała. Obejrzała dokładnie prawą rękę, którą dotknęła chłopaka. Mimo wszystko nie znalazła żadnych śladów poparzenia, które wcześniej odczuła. Możliwe że było to tylko złudzenie.

- Coś ty w ogóle zrobiła? – rzucił.

Zdrętwiałe ciało sprzed chwili wróciło do swojego normalnego stanu. Skrzydło artefaktu wróciło na swoje miejsce. Potrafiła to wyczuć. Nosiła je już od dłuższego czasu i zawsze wiedziała, kiedy coś było nie tak.

- Dotknęłam szala.

- Co? – zdziwił się.

- Normalnie. Dotknęłam go, ale…

- Czekaj, czekaj. Nie rozumiem – przerwał jej wypowiedź. – Przecież już go dotknęłaś, więc o co chodzi?

Spojrzała na chłopaka. Nie czuła już tego samego przebywając w jego towarzystwie. Czuła jakby był dla niej kimś bliskim, kimś kogo znała od dawna.

- Skrzydła? – zapytała sama siebie.

Wydawało się to całkiem logiczne, ale dziwiła się dlaczego. Z każdą chwilą liczba niewiadomych zwiększała się. Jej umysł był skołowany.

- Co? Kumiko… chyba zbyt mocno cię grzmotnęło to… coś?

Kobiety i mężczyzna? O co tu chodzi?! trapiła się. – Co mam mu powiedzieć?

- Możliwe – zaśmiała się wbrew sobie.

- A tak na serio – spoważniał. – W porządku?

- Tak, wszystko jest okej.

Wstała i otrzepała się z kurzu.

- Och! Przestało padać!

- Tak. Możemy już iść dalej – zgodził się z towarzyszką i stanął obok.

Oboje złapali za plecaki i obrali wzrokiem odległy pas ciemnych drzew.

- Wracając do szala – zaczął chłopak. – To tajemnica.

- Ale ja też…

- Powiem ci, jak zasłużysz! – przerwał jej i ryknął złośliwym śmiechem.

Rozpoczynam pracę!

Witam bardzo serdecznie!
28 czerwca opublikowałam V jednoczęściowy rozdział. Był on krótkim wstępem do następnego epizodu. Teraz rozpoczynam pracę nad czymś dłuższym i mam nadzieję, że napiszę więcej i będę miała co wrzucać jak już rozpocznie się rok szkolny! :-) Dlatego życzę sobie powodzenia i Wam w czytaniu! ;-)
Do robotki!

Nakime